.5: the gray chapter

Slipknot – .5: The Gray Chapter (2014)

Slipknot to kapela, którą jedni kochają, a inni nienawidzą. Ja osobiście znajduję się na liście osób, którym obecność zamaskowanej bandy w niczym nie przeszkadza, ale też nie płakałbym gdyby żadnej płyty nie nagrali. Trzeba oddać im natomiast, że potrafią przyciągać i zwracać uwagę metalowego świata na swoje dokonania. Nie inaczej sprawa ma się tym razem. Świeżutka płyta zatytułowana „.5: The Gray Chapter” wzbudza sporo emocji.

No bo kto mógłby przypuszczać, że po śmierci basisty Paula Graya i odejściu perkusisty Joey Jordisona, kapela nagra jeszcze jakąkolwiek „długograjkę”. A jednak, mimo przeciwnościom losu, Slipknot zebrał się w sobie i nagrał płytę dobrą… A może nawet bardzo dobrą!

Nie boję się użyć w tym momencie słowa ‚mistrzowie’. Ale ‚mistrzowie’ w kontekście metalowego mainstreamu. Oczywiście tzw. „true metalowcy” zarzucą wariatom z Des Moines koniunkturalizm i właśnie obecność we wspomnianym głównym nurcie. Czy to aby na pewno źle? Jeśli takie dziełka jak „.5: The Gray Chapter” mają tworzyć trzon nowoczesnego, ciężkiego grania, to jestem jak najbardziej na TAK!

Slipknot trzyma doskonale znaną nam formę, mieszając w swoim garncu brutalne death metalowe blasty, ostre, cięte riffy, ‚słodkie’ melodyjne refreny, flirtując z elektroniką i radiową wręcz zdolnością do pisania piosenek. W tym tkwi siła tej kapeli, zawsze świetnie potrafią znaleźć się gdzieś po środku całego tego tygla, celując z dokładnością snajpera w ucho muzycznego świata.

Ponad godzinna dawka muzyki nie zanudza słuchacza, nie powoduje uczucia „niech się to już wreszcie skończy!”. Do odkrycia jest na prawdę cały wachlarz metalowego rzemiosła. I to rzemiosła na najwyższym poziomie.

Fani będą zachwyceni, ci którzy śledzą poczynania muszą wręcz płytę docenić, a zwykli śmiertelnicy powinni ją poznać. „.5: The Gray Chapter” to kawał porządnego łojenia!

7/10

Reklamy